Włodzimierz Michalak - blog

Mała proza

Szpital cz.1

Szpital

 

 

Pan Heniu Skrucz, emeryt wojskowy, staruszek, który chyba jeszcze z Mieszkiem I chadzał wojować a już na pewno Napoleonowi załatwił Waterloo, stał i dumał przed oknem, jakby zastanawiał się, czy da się je otworzyć, bo podniósł dłoń do klamki, lekko ją nacisnął, ale zrezygnował, rękę opuścił, lecz nie do końca, bo zawisła w połowie drogi między klamką a parapetem a jej właściciel spojrzał na mnie kątem oka. Może powinien się upewnić czy i ja sobie tego samego życzę?

- No! – powiedział i odwrócił się w moją stronę. – Oczy otworzył! – co zabrzmiało, jakby trzeba mi było uświadomić, co zrobiłem. - Pochwalony!

W jego głosie była ulga a nie oczekiwany przeze mnie z jakiegoś powodu brak pochwały mojej postawy ze szczególnym naciskiem na tę polityczną jej stronę.

Może i trzeba mi było powiedzieć, co robię, bo miałem uczucie, że jestem przedmiotem, który ktoś położył na łóżku, skąd miałem widok na sąsiednie, puste, drażniące gładzią materaca oraz na okno, drażniące oślepiającym błękitem bezchmurnego nieba i czułem się wciśnięty w kąt tworzony przez dwie ściany, pod czujnym okiem wiszącej mi nad głową kroplówki i niczym komputer zasilany przez jakieś kable. Czułem się jak wykorzystana urna, chociaż nie mogłem pojąć skąd takie porównanie. Co ma jakaś urna wspólnego z kroplówką… O, kurde! Ma. Jak kroplówka nie pomoże, to urna gwarantowana! Ten rodzaj czarnego humoru okazał się bardzo ożywczy, bo spróbowałem się odezwać:

- Szpital? – lecz zamiast tego słowa, z gardła wydobyłem tylko jakieś chrząknięcie.

Pan Henryk podszedł bliżej, głowę przekrzywiając, jakby chciał sprawdzać czy słuch go nie myli, bo oczu już był pewny.

- Szpital? – zapytałem a przynajmniej tak mi się zdawało, bo podszedł jeszcze bliżej i pochylił się nade mną, brwi ściągając, jak człowiek, który czegoś nie zrozumiał.

- Szpital? – powtórzyłem, tym razem pewny, że to mi się udało.

- Ano. – potwierdził. – Wojskowy. Akurat mieli dyżur.

- Co się stało? – o szpital nie musiałem więcej pytać. Tu mi zrobili oczy i zaćma przestała być problemem.

- Oberwał pan gzymsem.

To słowo okazało się zagadką. Gzyms? Co to takiego jest? Gdzieś słyszałem, ale nie pamiętam przy jakiej okazji. To było jednak nie tak ważne, jak zdziwione stwierdzenie:

- Nic mnie nie boli. – bo skoro czymś oberwałem, to powinno boleć! Ale gdzie to się stało? Tego pytania nie zdążyłem jednak zadać, gdyż Skrucz, prostując się, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i kiwnął głową:

- To dobrze, że nic nie boli. – stwierdził i dodał szybko: - Ruszy pan ręką albo nogą.

Dopiero teraz zobaczyłem, że zaraz obok niego stoi wózek inwalidzki. Wizja paraliżu przeraziła mnie tak bardzo, że ręka i noga same natychmiast się poruszyły. Wtedy zabolała mnie głowa.

- Pan jak coś powie… - wymamrotałem, oddychając z ulgą.

Poszedł za moim wzrokiem, zobaczył, że patrzę na wózek i zrozumiał:

- Nie chciałem. – przeprosił. – Nie mam takiego doświadczenia.

- Rannych pan nie widział? – wymamrotałem z wysiłkiem.

- Owszem. Widziałem. Im lepiej od razu powiedzieć prawdę.

Westchnąłem. No to mi powiedział. Mało zawału nie dostałem!

Wobec tego Heniu jeszcze raz przeprosił i sam usiadł na ten wózek inwalidzki, jakby chciał mnie przekonać, że on sobie tak stoi i nie wadzi nikomu.

- Co stwierdzono? – zapytałem a potem musiałem powtórzyć, bo Heniu za daleko był a ja zbyt cicho mówiłem. Podtoczył się więc do mnie, niech widzę, że to zabawka taka jest, ot, standard w szpitalu a nie moje przeznaczenie.

- Abym to ja wiedział? – żachnął się staruszek. – Gdybym im skłamał i powiedział, że jestem pańskim ojcem, to pewnie coś by tam chlapnęli. Ale nie jesteśmy nawet krewnymi, więc nic się nie dowiem.

To mówiąc chciał wstać z tego wózka, ale jakoś nieporęcznie mu to szło, bo się okazał w siedzeniu szerszy niż standardowa norma szpitalna przewiduje. Wcisnąć się udało, ale wstać już nie było prostą sprawą.

- A jak pan tak bardziej spróbuje? – jakoś nie mogłem uwierzyć, że on, Heniu Skrucz, emeryt wojskowy w stopniu pułkownika nie ma w wojskowym szpitalu kogoś, kto mu udzieli informacji stosownej czy też niestosownej. Boże, ale co to jest gzyms?

Heniu tymczasem uśmiechnął się do mnie, właściwie interpretując moje pytanie, bo przecież nie o jego problem z wydostania się z uścisku wózka inwalidzkiego mi chodziło i widząc przy tym napięcie na mojej twarzy, trochę z odpowiedzią zwlekał. Uwolniwszy wreszcie własne siedzenie, podszedł do mnie i szepnął, teatralnie obserwując, czy nikt nas nie podsłuchuje:

- Ma pan wstrząśnienie mózgu, ale zdaje się bez większych komplikacji. Do tego proszę dodać potężnego siniaka na plecach, to od schodów. No i jest pan na obserwacji, bo boją się jakiegoś krwiaka czy czegoś tam pod czaszką.

- Głowa mnie nie boli. – zapewniłem go czym prędzej.

- I dobrze.

Rozejrzał się po pokoju, zza sąsiedniego, pustego łóżka przyniósł jakieś krzesełko i na nim usiadł.

- Dziękuję. – powiedziałem.

- Za co?

- Że pan tu jest.

Wzruszył ramionami:

- Pretensje proszę mieć do siebie, że w takiej chwili siedzi tu jakiś Skrucz a nie żona, wnuki i radosne grono kolegów z pracy.

Chciałem kiwnąć głową, ale to nie było takie proste. Za ciężka, by ją podnieść, a jak spróbowałem ją poruszyć w prawo i lewo, to zabolało. Dlatego skupiłem się tylko na bólu metafizycznym związanym z samotnością.

- Dobra. – mruknąłem po chwili i dodałem widząc, że znowu pochyla się w moją stronę, by lepiej słyszeć. – Mam pretensje. Już od kilku sekund. Mogę już przestać je mieć?

Strasznie mnie to mówienie zmęczyło, więc na chwilę zamknąłem oczy. I dopiero wtedy dopadło mnie przerażenie: jaka żona? Jakie dzieci i jakie wnuki? Dobrze, że oczy miałem zamknięte. Inaczej każdy widziałby w nich strach. A ze strachem to ja nie lubię się ujawniać!

Poczułem, że Heniu bierze mnie za dłoń:

- Wszystko w porządku?

Spojrzałem na niego i spróbowałem się uśmiechnąć:

- Nie mam żony! Miałem. Jest teraz cudzą żoną.

Poczułem się szczęśliwy. Może nie najmilsza ta moja pamięć, ale jest! I już chciałem zapytać o ten gzyms, którym oberwałem, ale Heniu poklepał moją dłoń, zadowolony, że nie odjechałem mu gdzieś w szpitalną dal i stwierdził:

- W życiu nie spotkałem człowieka, który tak jak pan obchodzi się z samotnością.

- Muszę. – powiedziałem cicho, więc nie zrozumiał i trzeba było wysiłek mówienia powtórzyć. Na szczęście nie oczekiwał ode mnie bliższych wyjaśnień, co ja rozumiem przez to słowo „muszę”.

- Najważniejsze, że pan oprzytomniał. – stwierdził Skrucz. Zastanowił się i już chciał o coś zapytać, ale ja, bojąc się, że jednak będę musiał rozmawiać o rodzinie, wolałem go uprzedzić:

- Długo tak już leżę?

- Dziewięć dni.

Zrozumiałem, że nie wszystko mi powiedział. Tydzień? To więcej niż dzień, jak mi się zdawało. Siedem i dwa. A nie dwanaście i dwa? Dwanaście to tuzin a tydzień to siedem dni. Nieważne, wiem, co to tuzin a nie wiem, co to gzyms! Gzyms to musi być coś poważniejszego niż jakaś pałka! Albo i nie musi. Po uderzeniu pałką można w ogóle nie wstać.

- Robili coś ze mną?

- Trepanację.

Wsłuchałem się w moją głowę, ale ona udawała, że o niczym nie wie. Zmusiłem ją jednak do wysiłku, wprawdzie nie wiem, jak to zrobiłem, ale nagle wiedziałem, co znaczy „trepanacja”:

- Usunęli coś? – i zrobiłem wielkie oczy zezując w stronę podbrzusza. Skrucz uśmiechnął się szeroko:

- Ironię panu zostawili, spokojna głowa!

A więc „trepanacja” to nie jest to, co przypuszczałem a co Heniu wziął za ironię. No tak, mówiliśmy przecież o głowie! Padło mi na głowę a nie na łeb!

- Było źle? – spróbowałem w ten sposób obejść własną niewiedzę, bojąc się jednocześnie, że może cierpię na zanik pamięci. Cierpię? Przecież przypomniałem sobie, że miałem żonę! I jej nie cierpię. O co chodzi z tym cierpieniem? Było ze mną źle czy jest ze mną źle? Powtórzyłem więc moje pytanie.

Skrucz pokiwał głową, na prawo i lewo, jakby nie był pewny, co ma odpowiedzieć, ale mruknął tylko:

- Było.

Wolałem o więcej nie pytać, bo czego nie wiem, tego się nie boję. A przynajmniej nie powinienem się bać:

- Pan tu był cały czas?

Skrzywił się.

- Przecież się dowiem od sióstr. – stwierdziłem cicho, ale pretensję w głosie usłyszał, więc znowu się skrzywił i przyznał:

- No byłem, byłem. Człowieka trzeba czasem za rękę złapać, by wiedział, że jeszcze nie powinien się poddawać.

Mist! Musiało być naprawdę kiepsko.

Skrucz chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo w drzwiach pojawiła się pielęgniarka, surowa kobieta, o twarzy mi znajomej, ale poza tym nic więcej, gdzieś ją już widziałem i wiedziałem, jak się nazywa. Ale nie teraz! Byłem jednak pewny, że ta twarz nie była kiedyś tak surowa i nieprzyjemna jak teraz.

- Miał pan nas zawiadomić, jak pacjent się przy panu przebudzi.

- Z radości zapomniałem o wszystkim. – powiedział Skrucz a mnie głowa zabolała, gdyż brwi ściągnęło mi zdumienie, bo czego jak czego, ale radości się u niego nie zauważyłem.

- Pan mnie nie zagaduje. Umowa była? – ton głosu kobiety był taki, że zacząłem prosić wszystkich znanych i nieznanych mi świętych, aby tylko nie ona kiedykolwiek miała robić mi zastrzyk.

- Była, była… - ale Heniu nie byłby sobą, gdyby nie wskazał palcem na mnie i nie powiedział: - Pacjent, siostro.

Ta zręczna prezentacja pozwoliła odwrócić uwagę pielęgniarki od Skrucza a skupić ją na mnie.

- Cieszę się. Bardzo się tu martwiliśmy o pana. – powiedziała i teraz jej głos nabrał takiego tonu, że zwolniłem świętych z obowiązku wsparcia moich niedawnych próśb. Naprawdę się cieszyła. – Jak się pan czuje?

- Żyję.

- Boli coś?

- Nie.

Podeszła bliżej.

- A wzrok?

- Chyba w porządku. Widzę wyraźnie.

Nie, o gzyms jej nie zapytam! Skoro wiem, że Skrucz to pułkownik, to inne rzeczy też mi się przypomną.

- Miał pan wiele szczęście, raz, że uderzenie poszło nieco bokiem a dwa, że chirurg zdołał zapobiec wylewowi.

- I że w ogóle akurat był na miejscu ten najlepszy. – dodał Skrucz.

- Są bardzo dobrzy. – w głosie pielęgniarki było słychać pretensje, że jak tak można dzielić.

- Ale zawsze jest jakiś najlepszy i doktor Winiarski do tych należy! Ma doświadczenie. Ratował przecież zasypanych i poranionych gruzem. A tu – wskazał na mnie – leży klasyczny przypadek ranionego cegłą.

- Gzymsem.

Aha, to znaczy, że gzyms jest czymś więcej niż… To jest kawał muru!

- Ściana mnie przygniotła?

- Nie ściana, tylko kawałek elewacji, spory, jak dwie pięści, odpadł od ściany, takie zdobienie, łydka aniołka czy inny jego pośladek. – wyjaśnił Heniu.

Nie mógł tak od razu powiedzieć?

- No! – Skrucz uśmiechnął się do pielęgniarki. – Będzie dobrze, bo już znowu marudzi.

Dzięki temu zorientowałem się, że to nie dzieje się w moich myślach, lecz rzeczywiście z nim rozmawiam. Dziwne.

To chyba przypomniało pielęgniarce po co przyszła, bo oświadczyła Heniowi, że powinien się pożegnać na dzisiaj, gdyż mnie czekały jakieś badania.

Staruszek zaczął się żegnać i obiecał następnego dnia znowu przyjść w odwiedziny.

Wykorzystał jednak moment, kiedy pielęgniarka na chwilę po coś wyszła, by zapytać:

- Miał pan mój list przy sobie?

- List? Jaki list? – nie mogłem sobie przypomnieć, żebym jakiś Brief chciał wysłać czy odnieść.

- No ten, który dałem panu na ulicy, z prośbą o przekazanie go wnukowi, moja spowiedź ateistyczna z grzechów faktycznych, kurde, no list! Musi pan, panie M. to pamiętać!

- Ach ten. – to powiedziałem z radosną ulgą, bo nagle przypomniało mi się nie tylko gdzie mieszkam, ale i okoliczności, w jakich stałem się posiadaczem listu. Uff!

- Tak. Ten!

Owszem miałem. Byliśmy na wieczór umówieni, że po pracy wpadnę do niego, właśnie z tym listem. Chciał dołożyć jeszcze jedną kartkę. Już zamierzałem Skruczowi radośnie oznajmić, że wraca mi pamięć, ale się wolałem o tym zapomnieć. Gzyms! Gzyms wisiał nade mną jak miecz… Czyj? Sokratesa czy Damoklesa?  Do diabła! Co to jest gzyms? Kto wie, o czym jeszcze nie pamiętam? A przed chwilą jeszcze wiedziałem… Kawałek muru! Zdobienie! Uff!

- Coś mi się przypomniało… - powiedział wczoraj, a kiedy patrzyłem pytająco, dodał: - Nie, żadne tam alibi! Nie będę robił żadnych poprawek, dokładam jedną kartkę. To chyba uczciwe, co?

- Wnuk oceni, panie Henryku...

Ale i ta scena zgasła mi jak płomień świecy! Jakie „wczoraj”? Leżę tu dziewięć dni, więc to nie było żadne „wczoraj”!

Zauważyłem, że Henia też coś dręczy, bo poszarzał na twarzy.

- Co jest panie Henryku?

On zaś pochylił się nade mną i zapytał trochę niepewnie:

- Miał go pan przy sobie?

- Tak.

- To znaczy, że ktoś go skradł.

Jeśli miałem niejasne podejrzenie, że to właśnie był główny powód, dla którego siedział cały czas przy mnie, to teraz ono się tylko potwierdziło. Ale zapytać o nic więcej nie zdążyłem, bo siostra wróciła z pielęgniarzem i oboje poczęli mnie przygotowywać do transportu. Profesor chciał koniecznie sprawdzić mój czerep, czy faktycznie jest tak dobrze, jak mu doniesiono, bo trudno mu uwierzyć, póki sam się nie przekona. Czy pielęgniarka zdaje sobie sprawę, że to wcale nie brzmi pocieszająco?

„Sam się nie przekona…”, powtórzyłem sobie słowa pielęgniarki i nagle zrozumiałem, co zrobił Skrucz: on już przeszukał moje rzeczy w przechowalni! Wer hat ihm die Erlaubnis gegeben i dlaczego pytam się po niemiecku, kto dał mu na to pozwolenie?

To było za wiele jak na raz, bezwolnie dałem się przenieść łóżko i tylko słyszałem, że oberwało się pielęgniarzowi, bo ten wózek najpierw podsunął, jakby to on miał coś z głową a nie ja!

A potem chyba zasnąłem, bo nie pamiętam nic z tej podróży z sali, gdzie byłem do innej, większej, gdzie łóżko na czymś podskoczyło, co znowu wywołało pełen jadu komentarz pielęgniarki. Mnie nie dotyczył, więc jednym uchem wleciał, drugim wyleciał.

Wjechaliśmy do innego pomieszczenia, mniejszego, ale bardziej przypominającego pokój mieszkalny niż warsztat naprawy uszkodzonych mózgownic. Tu zobaczyłem, jak wygląda Profesor. I ponieważ odpowiadało to moim wyobrażeniom o profesorach jako takich, to odprężyłem się i na powitanie powiedziałem coś, co wywołało naukowy uśmiech:

- Guten Tag!

 

***

 

- Uderzenie, chociaż silne, na szczęście poszło bokiem, jak pocisk od wieży czołgowej…

- Dobre porównanie. – powiedziałem.

Profesor się uśmiechnął:

- Staram się. Pan z pokolenia Szarików i Klossów, więc nawet jako cywil rozumie pan co mówię.

- Jak najbardziej. – zgodziłem się, bo to prawda, chociaż aktualnie oba te seriale należą do najbardziej przeze mnie znienawidzonych, bo ilekroć włączałem telewizję, to zawsze gdzieś trafiłem na któryś z odcinków. No ile można!? Na starość widać i telewizja dziecinnieje. No, dobra, Internet jest młody a nie powiem, aby był poważny… Ale coś mi się tu nie zgadzało, więc zacząłem słuchać, co mówi Profesor:

- To znaczy, nie jestem w stanie przewidzieć, czy nie pozostaną panu jakieś bóle głowy. Możemy wiele wiedzieć o mózgu, ale przecież nie wszystko. Ot, z tym niemieckim… Znane są przypadki, nieliczne, ale jednak udokumentowane, że pacjent z uszkodzonym mózgiem budzi się ze śpiączki i mówi w obcym języku a swojego uczy się niemalże od początku.

- No, ale… - przerwałem. – U mnie jakby odwrotnie. Polski jest ojczysty a niemiecki mi się przypomina.

- Dobrze, dobrze. – Profesor trochę się skrzywił, kiedy mu wpadłem w słowo. – Podstawy do obu pan ma. Skrucz mówił, że ma pan podwójne obywatelstwo.

- Gaduła.

- Musiał. – skwitował Profesor. – Był pan nieprzytomny i coś mówił, co brzmiało mi po niemiecku. Znam ten język, wprawdzie nie tak jak angielski, ale dostatecznie dobrze. Więc zapytałem Skrucza a on mi wyjaśnił.

- Czyli co?

- No właśnie to byłby ciekawy przypadek, obcy język stara się wyprzeć własny, rodzimy. Mam się tym zająć?

- Czy ja wiem? Szczerze mówiąc wielkiej ochoty na stanie się obiektem badawczym to ja nie mam.

Westchnął:

- No tak. – ale machnął ręką. – W zasadzie rozumiem. I tak bym to zlecił jakiemuś doktorantowi… Mam dość własnych rzeczy.

- A leczenie? Co teraz? Co dalej?

- Najgorsze już za nami. Teraz jeszcze obserwacja, rehabilitacja a potem może iść pan na łączkę i hasać jak źrebak. Byle – tu spoważniał – byle się pan gwałtownie nie schylał, w ogóle proszę się na razie nie schylać. Musi pan coś podnieść, to proszę przysiąść, usiąść na podłodze, ważne by głowa zawsze znajdowała się u góry, unikać napływu krwi.

- Długo?

- Jak długo się da.

- To, co tam się stało?

- Naukowo?

- Już pan próbował.

- No tak. To mniej więcej jak wycięcie guza. Jak przy raku. Ale nie tak źle, jest wyczyszczone, posklejane, powiem, że chyba posklejane, bo nie ma co się czarować, że stan jest poprzedni. Nigdy nie będzie poprzedni. Ot, powietrze może być nie wiem jak sterylne, stuprocentowej pewności nigdy się nie ma – ale bólu pan nie odczuwa, prawda?

- Nooo…. Czasem zaboli.

- Goi się. I dzisiejsze wyniki, ten obraz budzi nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

- I nie zacznę nagle gadać tylko po niemiecku?

- Myślę, że nie, ale gdyby jednak, to proszę się tym nie chwalić. Mogłoby się zdarzyć, że gzymsy zaczną częściej spadać ludziom na głowy!

- Tak? A czemu?

- Interesująca metoda germanizacji, nie uważa pan?

Zaśmiałem się i chyba ta reakcja uspokoiła Profesora, że jestem na najlepszej drodze do wyzdrowienia i że powinienem szybko dojść do siebie.

Nie chciałem go niepokoić pytaniem: „Do siebie? Czyli gdzie?”